Nie uwierzycie, ile razy, patrząc na grzbiet tej książki, zadawałem sobie pytanie: Czym lub kim jest tytułowa Kostuszka? Wysnutych teorii było wiele, jednak nie przypominam sobie, aby którakolwiek była trafna. Zapewne przez to, że w tym dość nietypowym (acz świetnym) tytule nazbyt poszukiwałem ukrytego znaczenia, nie dopuszczając do siebie myśli tak oczywistej. Chyba nie popełnię faux pas jeśli już teraz zdradzę Wam tę tajemnicę, wszak rozwiązanie tej niecodziennej zagadki otrzymujemy już na pierwszych stronach powieści (jeśli nie na pierwszej). Kostuszka to imię, a właściwie pseudonim głównej bohaterki powieści napisanej przez Carlę Mori; pseudonim nadany córce przez fantastycznych rodziców (i piszę to zupełnie poważnie), dziewczynce o dźwięcznym imieniu Konstancja. Choć nie raz pojawia się także i zwrot: Kosteczka – obydwa niezaprzeczalnie mi się podobają, wywołując uśmiech na twarzy. Już przez sam ten  młodzi rodzice oraz ich córeczka, przebywający na emigracji, zyskali moją sympatię. Lecz dalej nie ma już tak kolorowo i bynajmniej nie rozchodzi się tu o twór, jakim jest książka, a o to, czego nasi umiłowani bohaterowie doświadczają.

Do samej twórczości Carli Mori nie mam zastrzeżeń. Nie po raz pierwszy zetknąłem się z jej prozą, lecz po raz kolejny dostrzegam powtarzający się i stosowany przez autorkę zabieg. Historia przedstawiona w „Kostuszcze” jest dość prosta i nieskomplikowana, nie napotkamy tu wielu twistów czy wyszukanych wyjść ze skomplikowanych sytuacji, nie wystraszą nas także nagle wyskakujące z szafy potwory, jednakże ta powieść tego nie potrzebuje. Bo choć „Kostuszka” jest kategoryzowana jako horror (i jest nim niekwestionowanie), to na jej stronach spotykamy się z najczystszą jego formą, zupełnie inną niż mogłoby się początkowo wydawać. Horror tu przedstawiony dotyka emocjonalnych sfer bohaterów, zaglądamy w duszę poszkodowanych i wraz z nimi przeżywamy ciągnące się nie raz całymi latami tragedie. Kibicujemy Konstancji pozostawionej na pastwę wyrodnej ciotki i wcale nie lepszej babki, na której barkach spoczywa niejako obowiązek pomsty za krzywdy doświadczane przez nią i jej matkę. Mogłoby się wydawać, że jej maleńkie rączki nie są żadnym orężem w tak nierównej walce, wiadomym jednak jest, że mając odpowiednie wsparcie można dokonywać rzeczy niemożliwych.

Jak wspomniałem fabuła „Kostuszki” nie jest nazbyt skomplikowana, można by rzec, że jest nawet dość liniowa, ale w tym przypadku nie można uznać tego za ujmę. Jej wielowymiarowość, dotykająca problemu osamotnionego dziecka, co raz napotykającego na przeciwności losu, została przedstawiona tak dobrze, że praktycznie brak w tej sferze słabych punktów. Jedynym mankamentem powieści, choć to tylko moje subiektywne odczucie, jest motyw nawiązujący do słowiańskiej demonologii. A mianowicie jest go tu zdecydowanie za mało! Powieść liczy sobie 270 stron, z których zaledwie kilka poświecono temu właśnie tematowi, a który zdaje się grać tu dość istotną rolę. Myślę, że gdyby go nieco rozpisano, a książka rozrosłaby się o 20-30 stron, wyszłoby to tylko na plus „Kostuszce”.

Powiem tak, jeśli przekonują was historie z dziećmi w tle (dziećmi przeżywającymi swoje tragedię), macie w rodzinie jakaś czarną owcę, której nieraz życzycie „jak najlepiej”, czy też niejednokrotnie odzywa się w was współczucie względem niesprawiedliwego losu bliźnich, a do tego kręcą was historie, wywołujące gęsią skórkę, to „Kostuszka” jest książką, po którą sięgnąć powinniście bardziej z obowiązku, niż fascynacji czytelnictwem. Zwłaszcza jeśli autorką jest Carla Mori, której przyjemne i sprawne w odbiorze pióro tylko uprzyjemni wam lekturę.

Naprawdę polecam 8/10.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Facebook

Archiwalne wpisy