Podziwiam ludzi, którzy uczestniczą w różnorakich programach typu „Przeczytam 52 książki w takim, a takim roku”. Ja z biedą mogę pochłonąć do 20 tytułów rocznie (dotyczy pozycji 300-u i więcej stronicowych). Podstawowym mankamentem na pewno jest to, że nie należę do osób szybkoczytających. Drugim: że uporczywie cierpię na brak wolnego czasu. Pewnie wielu z Was zadaje sobie teraz pytanie: „Ale o co chodzi? Gość chyba pomylił wątki”. Cierpliwości, wszystko jest na właściwym miejscu, a ja śpieszę z wyjaśnieniem.
Zatem do rzeczy. Książka autorstwa Stefana DARDY, „Zabij mnie, tato”, jest materialnym dowodem na to, że moje powyższe dwa tłumaczenia mogę spisać na kartce, następnie kilkakrotnie się z nimi zapoznać, by ostatecznie zgnieść to wszystko w kulkę i wyrzucić do kosza.
Najnowszy thriller (tak, thriller; zatem mały minus za to, że nie groza) naszego rodzimego twórcy pozwolił mi od pierwszych stron zatopić się w swej historii. Po każdorazowym odłożeniu książki czy to przed snem, czy z konieczności zajęcia się innymi sprawami, moje myśli natychmiast uciekały do niedokończonej fabuły i samowolnie próbowały dopowiedzieć sobie ciąg dalszy – wielokrotnie rozbieżny z tym, co zaserwował nam autor. Chcąc nie chcąc książkę pochłonąłem w kilka dni, co – tu wracamy do początku artykułu – było dla mnie nie lada zaskoczeniem, tym bardziej, że jest to pozycja licząca ponad 430 stron. Niech więc ten fakt będzie dla Was świadectwem wysokiego poziomu książki.
Powieść Stefana DARDY przykuwa uwagę już samym swoim tytułem, mocnym i jakże trafnym. Chociaż od samego początku niespecjalnie potrafiłem się z nim oswoić, to po przeczytaniu książki stwierdzam, że nic innego nie pasowałoby tak dobrze, jak właśnie „Zabij mnie, tato”.
Nie będę się rozpisywał na temat fabuły, bo to, aż nadto, zdradza informacja na tylnej stronie okładki (co jest drugim minusem). Jeśli zatem postanowicie przeczytać tę powieść, bo i tak czytacie wszystko, co wyjdzie spod pióra Stefana DARDY, to proponuję, abyście sobie odpuścili opis z tyłu. Według mojej opinii zdradza on zbyt wiele szczegółów, a odnosi się właściwie dopiero do drugiej połowy książki. Początkowo można więc odnieść wrażenie, że dotyczy on zupełnie innej historii.
Niewątpliwym plusem jest oczywiście „ręka” autora. Pokochałem jego styl, pisarstwo, budowane dialogi i hipnotyzujące opisy już w debiutanckim „Domu na Wyrębach” i z przyjemnością obserwuję jak w kolejnych tytułach to wszystko nabiera jeszcze wyraźniejszego, profesjonalnego kształtu.
„Zabij mnie, tato” mogę polecić bez obawy, że ktoś zapuka do mych drzwi, chcąc wyrazić swoje niezadowolenie. Poza tym, że jest to obowiązkowa pozycja dla fanów Stefana DARDY, to ci, którzy nie mieli jeszcze przyjemności zapoznać się z twórczością pisarza urodzonego w Tomaszowie Lubelskim, powinni czym prędzej zacząć tę przygodę. Jestem pewien, że u wielu ta konkretna pozycja zaszczepi chęć, by sięgnąć do wcześniejszej twórczości Stefana DARDY.
Ostatecznie daję jej 8/10





