splatanieSplątanie, jak podaje portalwiedzy.onet.pl, to ostra psychoza zwykle pochodzenia infekcyjnego, trwająca zazwyczaj kilka tygodni. Może zakończyć się zejściem śmiertelnym. I tego właśnie spodziewałem się doświadczyć sięgając po książkę Macieja Lewandowskiego „Splątanie”.

Przedzierając się przez kolejne rozdziały powieści nie byłem już do końca pewien czy w ogóle mamy tu do czynienia z jakąkolwiek chorobą psychiczną – fabuła układała się w całkiem przyzwoity i rasowy kryminał. Z czasem jednak zaczęli pojawiać się bohaterowie, których do zdrowych na umyśle raczej zaliczyć byśmy nie mogli. Wtedy zakorzeniła się we mnie obawa czy aby taki mój odbiór treści nie jest podyktowany poznaną wcześniej definicją i usilnym dopasowywaniem do niej wydarzeń, z którymi właśnie się zaznajamiałem. Wątpliwości minęły, kiedy dotarłem na sam koniec tej niezwykłej historii i przeanalizowałem ją raz jeszcze. Okazało się, że nie tylko poszczególne postaci popadają w tytułowe splątanie. Patrząc na Wrocław (a właściwie na Leśnicę) przez pryzmat rozgrywających się na jej ziemiach wydarzeń, doszedłem do wniosku, że na splątanie „zachorowało” całe miasto. Mamy tu przecież trwającą kilka dobrych tygodni ostrą psychozę, której przyczyna jak najbardziej może być pochodzenia infekcyjnego, a która ewidentnie kończy się śmiertelnym zejściem – i to niejednym.

Powieść „Splątanie” jest grozowo-thrillerowym debiutem Macieja Lewandowskiego i już na wstępnie należy przyznać, że jest to naprawdę niezłe wejście autora w ten nurt. Nie obyło się jednakże bez potknięć, a czasem i większych wpadek. To, co najbardziej dało mi się we znaki, to częste rozciągnięcia akcji, czasem i do tak monstrualnych rozmiarów, że bywały momenty, iż w połowie wątku musiałem wrócić się do kilku wcześniejszych akapitów, aby połapać się w wydarzeniach. Takie rozwleczenie fabuły nieraz sprawiało wrażenie, że powieść bywała… „leniwa”. W oczy kłuły także nadmierne dopowiedzenia, jakby autor nie wierzył w to, że jego czytelnicy mogą się wielu rzeczy domyślić. Znalazło się też kilka innych, drobniejszych błędów jak zbyt złożone i „mądre” zdania, czy całkiem licznie pojawiające się zdrobnienia, których śmiało można było uniknąć. Ale… nie czepiajmy się szczegółów.

Były też momenty, które nieco mnie bawiły. Do takowych należałoby zaliczyć choćby wielokrotnie pojawiający się motyw strzepywania pyłków z marynarek czy pocierania policzków dłonią – podobne wtrącenia pojawiają się tak często, że czytelnik, gdy podłapie te zachowania u bohaterów „Splątania”, nieraz zmuszony zostaje do przywołania uśmiechu na swą twarz. Choć, kto wie, może to właśnie jeden z objawów „choroby”?

Potknięcia potknięciami, ale który debiut ich nie ma. Są jednak i plusy, a plusy są mocne! Pisałem wcześniej, że książka momentami bywa leniwa, to fakt, ale wrażenie takie w końcu zanika, a ostatnie 100 stron przekształca się w błyskawiczną i zazębiającą się we właściwych momentach intrygę. Książce towarzyszą też bardzo dobre dialogi, które swą perfekcją przewyższają część opisową. Ponadto, czytając powieść, niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że mam w rękach owoc doświadczonego i dojrzałego twórcy, do którego tekstu nieopatrznie wkradło się nieco amatorskich zagrywek. W ogólnym rozrachunku da się je jednak usprawiedliwić.

Na koniec napiszę krótko. Jeśli nazwiska Stephen KING czy H.P. LOVECRAFT nie są Wam obce, to polecam zajrzeć do „Splątania”. Jest to wyjątkowy twór, z którego emanuje inspiracja i zamiłowanie do tychże autorów. Można więc zasmakować tej wyjątkowej mieszanki i samemu ocenić czy mix tak różnych stylów jest zjadliwy. Dla mnie… jak najbardziej. Dodatkowym smaczkiem niech będzie fakt, że w sprawie „Splątania” autor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Ocena 6/10



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.